Wywiad z Ks. prof. Kazimierzem Dolą
Księże profesorze cieszymy się, że ksiądz wyraził zgodę i znalazł czas, by się spotkać z redakcją Siewcy i udzielić nam wywiadu. Jest ksiądz Profesor od wielu lat wykładowcą historii Kościoła w Wyższym Seminarium Duchownym i w Uniwersytecie Opolskim, był Ksiądz wieloletnim rektorem Seminarium Duchownego w Nysie.
- Proszę księdza, wiemy, że nie są to Księdza pierwsze odwiedziny w naszej parafii...
-
Tak, w Kluczborku bywałem wielokrotnie, zwykle na Święta Wielkanocne i na Boże Narodzenie, gdy proboszczem był tu obecny biskup pomocniczy w Opolu ks. dr Jan Bagiński. Najbardziej pamiętne jest dla mnie oczywiście kazanie jakie wygłosiłem tu 20 lat temu – 18 sierpnia 1985 r. w czasie prymicyjnej biskupiej Mszy św. ks. biskupa Jana Bagińskiego. Bardzo rzadko, wyjątkowo bywałem jeszcze za czasów ks. Zygmunta Curzydło. Nie wiem czy pamiętacie, że ksiądz Curzydło bardzo chętnie mówił kazania dla dzieci, i mówił je bardzo dobrze. Natomiast unikał kazań dla dorosłych; trema, lęk.. trudno to powiedzieć. W każdym razie zapraszał na niedziele zaprzyjaźnionych księży, często wykładowców seminarium duchownego, którzy go wyręczali. Było to potrzebne i z tej racji, że księża z Kluczborka obsługiwali wówczas kościół filialny w miejscowości Ciasna koło Lublińca i ksiądz Curzydło bardzo chętnie tam jeździł. Za czasów księdza prałata Edmunda Podzielnego gościłem także kilka razy w waszym kościele. Nigdy jednak nie prowadziłem tu rekolekcji parafialnych dla dorosłych, jest to dla mnie nowe doświadczenie.
- Księże profesorze chcielibyśmy się dowiedzieć, w jakim świetle widzi Ksiądz Kościół katolicki w Europie, jakie otwierają się przed nim szanse, a jakie zagrożenia?
-
Często zastanawiam się nad obecnością w Europie, przede wszystkim Zachodniej, muzułmanów. Mniej może chodzi o liczebność tych grup, np. Turków głównie w Niemczech, czy też we Francji ludzi pochodzących z państw Afryki północnej, głównie z Algerii. W przewidywalnym czasie nie zmajoryzują oni tamtejszej zasiedziałej ludności. Chodzi przede wszystkim o, że tak powiem, intensywność ich obecności. Są to ludzie, oceniając z ich zewnętrznych zachowań, bardzo religijni, wierni swoim religijnym tradycjom i prawu koranicznemu, domagający się miejsca dla religii w życiu publicznym, w przeciwieństwie do Francuzów czy Niemców. Rodziny są liczne, zwarte, tworzące mocne społeczności, świadome swej odrębności, domagające się jej szanowania, niełatwo poddające się asymilacji. Tymczasem państwa zachodnie prowadzą politykę bardzo otwartą, wielkoduszną wobec wszystkich mniejszości, do tego stopnia wielkoduszną, że gdy np. krzyż w jednej klasie szkolnej przez rodzinę jednego dziecka uznany zostanie za znak religijny niezgodny z jego przekonaniami, przeszkadzający mu, gotowe są usunąć krzyże ze wszystkich sal i ze wszystkich szkół, w imię konstytucyjnej tolerancji, nie obawiając się, że oddaje się w ten sposób ważny element swej tożsamości, przynajmniej historycznie biorąc. Zastanawiam się więc, co Pan Bóg zamierza nam powiedzieć poprzez religijność muzułmanów, odważną, domagającą się dla siebie miejsca w życiu publicznym. Jest to we Francji ważne, bo Kościół oddał tam, lub odebrano mu już, wszystkie pozycje w życiu publicznym; a ostatnia ustawa o zakazie noszenia łatwo zauważalnych oznak religijnych zdaje się wchodzić nawet w życie prywatne obywatela, a księża nie mogą się pokazywać w szkole w sutannie. Nie wykluczone, o czym niektórzy politycy francuscy półgłosem mówię, że rząd zaproponuje muzułmanom pomoc w budowaniu meczetów z zamysłem uzależnienia w ten sposób od siebie tej grupy religijnej. Tymczasem wyznania chrześcijańskie na żadną tego rodzaju pomoc liczyć nie mogą. Jakby na dwu przeciwstawnych biegunach stanęły państwo i Kościół katolicki we Francji po ustawie z 1905 roku deklarującej całkowity rozdział Kościoła od państwa: Kościół przestał być we Francji osobą prawną, osobą publiczną, takimi miały nie być ani diecezje ani parafie, czego oczywistym następstwem było przejęcie całego mienia kościelnego, więc także budynków kościelnych i plebanijnych, przez państwo, klucze do kościoła, do probostwa znalazły się u merów miejscowości, a dla państwa Kościół przestał istnieć jako zorganizowana społeczność. Pozostali, rzecz jasna, katolicy, którym pozwolono na zawiązywanie związków religijnych i dopiero te mogły się ewentualnie ubiegać o prawo korzystania nadal z dotychczasowych świątyń parafialnych. Dodajmy, że przyglądając się dziś sytuacji materialnej Kościoła we Francji, musimy stwierdzić, że bez pomocy państwowej nie byłyby parafie ani diecezje w stanie zadbać o przepiękne romańskie i gotyckie katedry i kościoły, których przecież we Francji jest ogromna ilość, a które niszczeją na oczach. Od 1905 r. są własnością państwa i skarb państwa musi o nie dbać! Ale wracając do głównej myśli: zastanawiam się, czy muzułmanie nie są taranem do rozbudzenia chrześcijan, czy nie utorują drogi katolikom, by odnaleźli się zarówno gdy idzie o żywotność religijną, jak też o obecność w życiu publicznym.
A jest tu druga myśl: może znalazły się w Europie środkowej i zachodniej te liczne, zwarte grupy ludzi z krajów azjatyckich, z Azji Bliskiej i Dalekiej, aby – w dalekiej perspektywie – ich schrystianizowanie stanowiło pomost do ich krajów rodzinnych? Azja to przecież potężny kontynent niemal dziewiczy, gdy idzie o liczbę chrześcijan. Jedynie Filipiny są tam chrześcijańską, katolicką wyspą. Może właśnie ludzie przybywający do Europy z tamtych stron świata przez wtopienie się w naszą mentalność, przez przyjęcie tu chrześcijaństwa, ułatwią i zapośredniczą pozyskania dla Chrystusa kontynentu azjatyckiego? Ale to nie jest perspektywa jednego stulecia. Niemniej tak było przed tysiącem i więcej lat w Europie: to nie misjonarze szli do ludów germańskich, ale to one przybywały na tereny już schrystianizowane Imperium Rzymskiego i po kilkuset latach stały się same misjonarzami ludów północnej Europy.
- Mówimy o tym, by i chrześcijanie przejęli coś z odwagi religijnej muzułmanów, by chrześcijaństwo stało się bardziej obecne w życiu publicznym. Ale czy Europa zgodzi się na taki, jak łatwo się go nazywa, fundamentalizm?
-
Oczywiście Unia Europejska obawia się wszelkiego rodzaju fundamentalistów, lecz przecież każdy katolik wyznający „Credo”, wyznający, że są to prawdy niezmienne przez Pana Boga objawione, uważający dekalog za niezmienne i niepodważalne zasady życia moralnego społeczeństwa i jednostki, jest fundamentalistą! tak przynajmniej będzie widziany i nazywany.
Przedstawił Ksiądz profesor zagrożenia wiary chrześcijańskiej w Europie, a jak sytuacja Chrześcijan przedstawia się na świecie, na progu XXI wieku?
- Co można zdaniem Księdza zrobić by nie stracić, chociaż tych, którzy jeszcze są związani z Kościołem?
-
Statystyki pokazują, że dość szybko tracimy młodych, zwłaszcza tych, którzy jeszcze przed kilku laty deklarowali się jako gorliwie praktykujący. Nie wiem, może jest to efekt wyjazdów części tych ludzi za granicę na stale, ci zaś, którzy wyjeżdżają do pracy często znajdują się w środowiskach katolików, dla których niedzielna Msza św. przestała być sprawą ważną. Takie wzorce pozostają im bliskie także po powrocie do miejscowości rodzinnej. A może my po prostu nie potrafimy, lub za mało gorliwości wkładamy w to, aby lepiej „zareklamować” Kościół, jak kiedyś młody katolicki menadżer mówił w seminarium klerykom: „Mamy taki wspaniały towar, a nie umiemy go sprzedawać”. Na pewno taką przyciągającą osobą jest Ojciec Św., który jest powszechnie szanowany i stanowi autorytet moralny nie tylko dla wierzących, choć przecież i jego przedsięwzięcia napotykają na czytelne kontrakcje. Wobec nietrudnego do rozeznania zobojętnienia wielu na wartości religijne w ogóle, rodzi się także inna pokusa, aby zejść że tak powiem do podziemia, tak jak to było w czasach Imperium Rzymskiego, gdy Kościół był nie obecny w życiu publicznym, a przecież żył bardzo intensywnie. Tak myślała też św. Teresa z Avila w okresie, gdy za jej życia w XVI w. całe państwa i narody odchodziły od Kościoła katolickiego: zabrała się do specyficznego działania – do reformy zakonu kontemplacyjnego, którego klasztory miały być „twierdzami wewnętrznymi” (tak zatytułuje swoje ważne dzieło dotyczące życia kontemplacyjnego), by nabrać sił i móc przeciwstawić się zagrożeniom. To efektem dzieła jej i św. Jana od Krzyża głównie było, że na początku XVII w. co trzeci mieszkaniec Hiszpanii był osobą duchowną, a Hiszpania nie tylko nie uległa reformacji, ale schrystianizowała Amerykę i Filipiny.
- Przejdźmy do innego tematu. Jaki jest według księdza ideał kapłana?
-
Pytania o ideał kapłana jest trudne, może zbyt zindywidualizowane, subiektywne. Wolałbym odpowiedzieć na pytanie, kto to jest kapłan, co to za człowiek? I odpowiedziałbym, że kapłan to człowiek, który siebie, swoją osobę, oddał do dyspozycji Chrystusowi, w Którego imieniu ma działać ( jak mówi Sobór Watykański II: „w osobie Chrystusa”, a jak mówiono dawniej: ma być drugim Chrystusem). Kapłaństwo nie dotyka najpierw sfery działania tego człowieka ( działanie z upoważnienia – misji, uświęcające), ale dotyka najpierw i przede wszystkim, osoby, osobowości. Dlatego mówimy, że kapłaństwo jest nieutracalne. To nie tak, że ktoś przestaje „działać”, spełniać funkcje, że zdejmuje się Go z urzędu, to i traci kapłaństwo. Nie! Nie z czynnościami, ale z osobą jest związane, jest się „kapłanem na wieki”. I z tego dopiero: „w osobie Chrystusa”, wynika działanie. Jak Chrystus: modlić się, uczyć wiary, służyć ludziom najpierw słabym cieleśnie i moralnie, w pierwszym rzędzie posługą sakramentalną. Ponieważ punktem „zaczepienia się kapłaństwa” w człowieku jest jego osobowość wynika, że w przygotowaniu do kapłaństwa nie wystarczy wyuczyć się dobrze czynności, działania, a więc umieć dobrze śpiewać, przyswoić sobie kilku przemówień okolicznościowych, opanować ceremonie, ale trzeba przez wiele lat pracować nad swoją osobowością, tak ją przygotować, by mogła być oddana do dyspozycji Chrystusowi. To równocześnie tłumaczy, dlaczego nie wszyscy kandydaci zgłaszający się do seminarium mąją predyspozycje do kapłaństwa. Czasem nawet ludzie najlepszej woli, nie dochodzą do święceń, występują z seminarium bądź są z niego relegowani. Ich osobowość bywa obarczona tego rodzaju skazami wrodzonymi, (za które nie są odpowiedzialni), czy nabytymi, (które bywają „uleczalne”, ale dodajmy: seminarium broni się przed kandydatami, których trzeba wyprowadzać z „dołka”). Niektóre tego rodzaju rysy ujawniają się w pełni dopiero po wyświęceniu, np. ma być nauczycielem wiary, a nie potrafi uczyć, w skrajnych przypadkach w ogóle nie powinien iść do szkoły, lub jest samotnikiem, który nie potrafi nawiązać kontaktu z ludźmi, którego ludzie męczą. Wychowawca seminaryjny może spotkać się z zarzutem, a nawet z oskarżeniem rodziców, rodziny: taki dobry człowiek, a wy go oddalacie! Tak być może: jest dobrym człowiekiem, ale brak mu podstawowych predyspozycji do podjęcia posługi kapłańskiej, do przekazania Jezusowi Chrystusowi swej osoby, by Ten mógł się nią posługiwać w dziele zbawiania ludzi. Dla pewnego porównania: do szkoły muzycznej zgłasza się kandydat bez słuchu muzycznego, może na pianinie nauczy się on jakoś grać, gdy zapamięta, w który klawisz trzeba uderzyć, ale czy będzie to muzyka?
Kapłan, myślę, powinien być najpierw człowiek modlitwy; jak ma w niej oparcie, to potrafi pomóc innym i sobie. Po wtóre ważna jest umiejętność uczenia. Po wejściu nauczania religii do szkół, mamy możliwości objęcia nauczaniem religii wszystkie dzieci. Księża faktycznie nauczaniu religii poświęcają bardzo dużo czasu, powiedzmy średnio 18 godzin tygodniowo, wiele więcej niż na sprawowanie Mszy św. i znacznie więcej niż nauczaniu dorosłych, i słusznie, bo jest to inwestowanie w przyszłość. Czy jednak efekty, jeśli np. zmierzyć je nie liczbą dzieci przystępujących do I Komunii św., ale przychodzących co niedzielę na Mszę św., nie są niewspółmiernie małe? Nie dziwię więc głosy, iż religia nie powinna była wejść do szkoły, że jest to bardziej uspokajanie rozbrykanych uczniów niż nauczanie, że lepiej było w salkach katechetycznych, gdzie ksiądz lepiej znał dzieci, nie tylko uczył, ale też wychowywał. Bronię decyzji sprzed lat o powrocie nauczania religii do szkół, bo dzieci nie muszą już chodzić bardzo często o zmroku, zwłaszcza w zimie nie było to bezpieczne, nie ma także problemów z opalaniem sali, a dla rodziców pilnowania i wyprawiania dziecka drugi raz do szkoły, do salki katechetycznej. Ale przyznać trzeba, że jest to wielki trud, choćby z tej racji, że ksiądz uczący religii nie dysponuje żadną sankcją, nazwijmy ją zewnętrzną, by dzieci się uczyły. Chyba jeszcze trudniejsza jest sytuacja katechetów świeckich, choć – zmieniając perspektywę – możnaby powiedzieć: ksiądz uczy, bo musi, bo to jest jego zawód duchownego, katecheta świecki zaś jest idealistą, uczy, bo ewangelizację uważa za swój chrześcijański obowiązek. Oczekiwałbym natomiast od katechetów większego zaangażowania w pracę religijną z dziećmi poza lekcjami szkolnymi. Miałem okazję w niemieckojęzycznej, katolickiej części Szwajcarii uczestniczyć kilkakrotnie we Mszy szkolnej w powszednie dni, zdumiała mnie i zaskoczyła dyscyplina uczniów (młodsze klasy: II, III, IV): dzieci przychodziły po kolei klasami prowadzone przez swoich nauczycieli (dwie panie i pan), szły parami, klękały razem z nauczycielem, żegnały razem z nim i rozchodziły się do ławek.
- Dziękujemy Księdzu profesorowi za poświęcony nam czas, za podzielenie się wieloletnimi obserwacjami oraz troską o przyszłość Kościoła. Bóg zapłać i szczęść Boże w dalszej posłudze duszpasterskiej. Niech Matka Boża uprasza Księdzu potrzebne łaski i nieustannie oręduję za nami u swego Syna.
Rozmawiali: Ks. Andrzej Walczak, Wiesława Stanek i Anna Chromik
POWRÓT do spisu artykułów "Siewcy"
|
|
|
|